|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
MACIEK
Absolutnie prywatne
Drogie Panie
Drodzy Panowie
Drodzy Państwo
Napisane
Pasjonaci
|
niedziela, 22 marca 2009
167 - One year...
"Proszę przyjąć kondolencje. Pani syn właśnie odszedł..." Rok temu o tej porze niebo strasznie płakało. Zupełnie jak dziś. A jutro była Wielkanoc.
wtorek, 03 marca 2009
166 - Myślenie
Czy można sobie wymyślić człowieka? Okazuje się, że można... A co, jeśli się okaże, że można go sobie wymarzyć? Czy wtedy zostanie jeszcze coś, czego nie można?
sobota, 07 lutego 2009
165 - No i się doigrałam cz.2
A wczoraj zostałyśmy wezwane na audiencję. Pojedyńczo. Ewka weszła pierwsza i wyszła z miną nietęgą, nawet nie mogłam o nic wypytać, bo musiałam już lecieć przed Jej oblicze... Żeby wszystkiego stało się zadość, zabrałam ze sobą projekt swojej umowy, w której bezczelnie zastąpiłam asystentkę księgową. Po pierwszych bla, bla, bla, Jej Wysokość wzięła się za czytanie umowy. Czytała i czytała i w pewnym momencie wzięła długopis, skreśliła słowo księgowa z komentarzem, że "tu będą zmiany" i ... zaczęła czytać dalej. Potem wyjęła z szuflady kilka kartek, które okazały się moim zakresem obowiązków. Sprawy wyglądają tak, że Królowa ma w stosunku do mnie pewne oczekiwania, czyli chce,żebym przejęła księgowość całego biura głównego. Ewka, która jest tu jedną z najstarszych stażem, pozostaje asystentką i będzie się zajmowała pierdoletkami, a ja po trzech miesiącach pracy zostałam "księgową biura krajowego" z wpisaniem do akt. Kurde no... 164 - No i się doigrałam...
Trzy miesiące temu zmieniłam pracę. W tamtej cholernej korporacji ostatecznie wysadziło mnie w powietrze, gdy zadzwoniłam do mojej bezpośredniej przełozonej poinformować ją, że nie wracam ze świąt wielkanocnych, bo mam pogrzeb brata. Jedyne co potrafiła wtedy zrobić, to strzelić focha i zakomunikować mi, że to nie jest najlepszy moment... (bez komentarza). Zatem wyniosłam się... Tu mialo być pięknie, miło i przyjemnie. I jak można się domyślić były to tylko pobożne życzenia mojej szefowej... Drugi miesiąc okresu próbnego był najgorszy, bo opada już pierwszy stres i zaczyna się konfrontować rzeczywistość z rozmową rekrutacyjną... Szlag mnie trafiał co chwila i codziennie chciałam odchodzić bo: pierwsze bo, bo wkurzała mnie moja szefica. W kuluarach mówią na nią królowa i przyznaję, że jest to doskonałe określenie. Egoizm dosłownie z niej wycieka. Jest to osoba, której nikt i nic poza nią samą i jej rodziną nie obchodzi. drugie bo, bo bardzo szybko sie przyzwyczaiła do kolejnej osoby w księgowości i bardzo pięknie i szybko nauczyła się postawy "weźmiemy się i zrobicie". Zaczęło się zarzucanie nas pierdołami, mimo, iż codziennie siedziałyśmy po godzinach. Ostatecznego wkurwa dostałam, gdy kazała mi stos wyciągów bankowych poukładać narastająco numerami rachunków... (bez komentarza) trzecie i najbardziej denerwujące bo było dlatego, iż nie mogłam na nią liczyć. Przyjęła mnie z dorobkiem inwentarza; uprzedziłam ją lojalnie co i kiedy robiłam, a zwłaszcza czego nie robiłam nigdy, a co jakiś czas temu, czy też dawno... Tymczasem po pierwszym miesiącu Królowa zaczęła mnie z jednej strony traktować jak panienkę do klepania, która za bardzo nie powinna inwestować w wiedzę, a z drugiej oczekując ode mnie, że będę robiła wszystko, nawet tego czego nie umiem. Przy okazji nie pecjalnie miała ochotę dzielić się literaturą fachową, a jeszcze mniej własną wiedzą. To był szczyt wszystkiego! "Spadam stąd!" Oznajmiłam któregoś dnia koleżance z za biurka. Czułam się jak ta żaba z kawału, która nie wie czy ma iśc do łądnych, czy do mądrych... A przy okazji wiedziałam, ze mnie nie lubi, bo ganiała mnie po piętnaście razy z każdą pierdołą... I wtedy koleżanka, która już tu troche pracuje i jest niezła, zaczęła mi naświetlać, że Królowa po prostu wykorzystuje moją wiedzę i gania mnie tak, bo uznała, ze to ja, a nie ona mam się angażować... Nie dawało mi to spokoju... W trzecim miesiącu mojej pracy przybrałam zupełnie inną taktykę. I tak wiedziałam, że nie przedłużymy mojej umowy - ja ze względu na to, iż wbrew temu czego dotyczyła rekrutacja, mam tu zostać najwyżej asystentką, ona, bo patrz powyżej. Zatem skoro miałam pracować tu ostatni miesiąc, postanoiłam uruchomić swój paskudny charakter. Jak na rasowego koziorożca przystało, zamierzałam sprawdzić sama siebie... Postanowiłam, że nawet jeśli Królowa postawiła sobie za punkt honoru zbabrać mi ten miesiąc zawodowego życia, to i tak jej pokażę, dla własnej satysfakcji. Utonęłam w przepisach. Czytałam w autobusie, w tramwaju, czytałam do późnej nocy, czytałam o czwartej rano... Z każdym dniem potrzebowałam jej mniej i z każdym dniem robiłam coraz więcej na własną rękę... I wtedy stało się cos, co mnie dobiło... Przyszedł nowy rok i trzeba było wyliczyć wynagrodzenia za styczeń. Nowa nakładka na program jest, ale żeby ją wgrać, trzeba zamknąć stary rok, co nie wchodzi w grę. Zatem musiałam iść na audiencję do Jej Wysokości. Wbrew temu, czego się spodziewałam, musiałam naliczyć płace w programie, bo tak... No to naliczyłam. poustawiałam parametry, na tyle na ile mogłam poustawiać i wsystko grało, do momentu, dopóki ktoś nie miał zwolnienia. I tak miałam poważne wątpliwości co do wynagrodzenia jednej koleżanki - za skarby świata nie mogłam wyjść na to, co naliczył komputer. Jej wysokość, nawet się nie pofatygowała, żeby sprawdzić o czym mówię, "skoro program tak naliczył, to tak jest". Noż k*! Taką dobrą księgową to ja nie byłam i nie będę. Jeszcze dwa razy byłam u Jej Wysokości z tą sprawą i jeszcze dwa razy usłyszałam to samo przy czym za drugim razem z dodatkiem " to nie jest na tyle istotne, żeby się tym teraz zajmować" - jasne, bo wybierała się na narty... Ciekawe, czy gdybym jej wynagrodzenie obrąbała na pare stówek, czy też byłoby to tak nieistotne... Zatem Królowa wyjechała na narty, a ja pozostałam. Ten cudowny tydzień spedziłam na ślęczeniu wieczorami przed komputerem, szukaniu odpowiedznich przepisów i liczeniu, liczeniu i liczeniu... i ciągłym wychodzeniu na swoją kwotę... Przetrzepałam fora internetowe i przepisy i uznałam, ze mam rację... Zatem to "nieomylny program komputerowy" musiał dawać ciała. Weszłam w każdą komórkę i sprawdziłam każde ustawienie i ... w końcu wyszłam na swoje. Zatem kilka dni temu uzbrojona w kartkę długopis i kalkulator władowałam się do komnaty Najjaśniejszej. Oczywiście była niepora. Miałam to gdzieś. Pszczając mimo oczu uszu, miny, mlaski, cmokania i przewracanie oczami przedstawiłam swoje stanowisko. Poczatkowo zostałam olana... podparłam się argumentami... Zostałam ofuknieta... podparłam się przepisami. Dostapiłam zaszczytu obejrzenia focha... I słyszałam najwazniejszy argument: "Bo tak się to robi" "Dlaczego uważasz, że to jest źle... przecież to jest tylko przyjęta reguła, a nie ma przepisu, który by to precyzował..." Owszem jest! Pewne rozporządzenie z 96 roku obowiązuje nadal, i to właśnie ono reguluje, że tak ma być. Jeśli ktoś myśli, że Królowa przyznała mi rację, to się myli... Jednak po dwóch dniach przyszła do mnie i lakonicznie ledwo słyszalnym głosem kazała mi skorygować listę płac i naliczyć wynagrodzenie
poniedziałek, 02 lutego 2009
163 - Poranki
Chorowanie na nieznane choroby, to raczej nic radosnego, ale jak zawsze można wyłuskać pozytywy. Np. wstając o 4.30 żeby łyknąć garść prochów, można zrobić sobie domowy obiad do pracy. I tak dziś szef kuchni serwuje kaszę jęczmienną z pieczarkami. Wyszła dobra :-)
wtorek, 09 grudnia 2008
162 - Pani P.
Byłam dziś u psychologa. Fakt, po moich wcześniejszych doświadczeniach, obiecałam sobie, że nigdy więcej, ale sięgnęłam dna, a moje idealne rozwiązanie wytrącił mi z ręki Łukasz swoim numerem z umieraniem. Zatem poszłam. Nawet nie było trudno, bo jestem tak zrezygnowana, że już mam w nosie co mówię i komu, nawet nie stawiam już zasieków i nie drążę okopów. Próbowałam opisać Pani P. swój stan i wychodziło mi tylko jedno... Nie ma dnia, żebym nie marzyła o jakimś radykalnym rozwiązaniu... Przez blisko dwie godziny Pani P. uczciwie słuchała, zadawała pytania, nie zważała na to, że prawie od godziny na poczekalni czeka kolejna „klientka”.... A na koniec wyciągnęła wnioski: Moda, ładna, ma pracę, wynajmuje mieszkanie i to w Warszawie – no w dupie się paniusi poprzewracało... Cytując dosłownie: „pani nie ma problemów psychologicznych, pani ma dylematy filozoficzne... Pani jest takim współczesnym Hamletem – żyć...., a może nie żyć...”. Nawet mi się nie chce specjalnie tego roztrząsać... Pisze ten tekst tylko i wyłącznie dla Kasi, żebym już nie musiała odpowiadać na żadne maile czy żebym nie musiała wracać do tego na gadu... W sumie co się takiego stało...? Nic. Tylko co dalej przez te kilkanaście... kilkadziesiąt lat?
środa, 26 listopada 2008
161 - (...) Spóźniamy się o minutę...
Zaczyna do mnie docierać śmierć Łukasza.. Nie wiem jak sobie z tym dać radę. Trzymając go przez dwie noce za zimną woskową rękę wiedziałam, że ten dotyk ma mi wystarczyć na resztę życia. Już sobie nie mogę go przypomnieć. I dalej nie mogę płakać...
środa, 15 października 2008
160 - Jestem wykształciuchem
|